Jej Złowieszczość czuje się wielce zawiedziona kierunkiem,
jaki obrały bajki w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Nie chodzi tutaj Jej
Mrocznej Czcigodności, bynajmniej, o bardziej zaawansowane
teksty kulturowe, jak książki, czy chociażby komiksy. Jej
Złowieszczość o filmach animowanych teraz rozprawia. Będą pośród
was, marne śmiertelne byty, dusze, które zakrzykną w tej chwili,
że film animowany wcale niższą farmą nie jest. Ani bajką. Cóż,
zniży się Jej Mroczność do wytłumaczenia waszym ograniczonym
umysłom kilku rzeczy. Przede wszystkim, rezerwuje sobie prawo do
nazywania animacji przeznaczonej dla dzieci, bazującej, nawet jeśli
luźno, na bajce – bajką. Drugim ważnym argumentem jest, że Jej
Złowieszczej uwadze nie uciekło, że filmy animowane są
najprostszym sposobem zaaplikowania pewnych idei u młodego odbiorcy. Ta
lekkostrawność, połączona z szablonowością, była
elementem świata, na który Mroczna Pani w przelotnej chwili
naiwności zaczęła nawet liczyć. Bajki stawiały sprawę prosto: jeśli
dziewczynka chciała być czymś więcej, niż wypindrzoną,
bezużyteczną księżniczką, zawsze mogła przejść na ciemną
stronę. I dla tych co głupszych bohaterek się tu miejsce znalazło. Jeśli zaś
nasza dziewoja miała i charakter i mózg, mogła zostać potężną
złą heroiną. Dodatkowym plusem była gwarancja dużo lepszej
stylizacji, od makijażu poczynając, na odzieniu skończywszy.
Dzielne królewicze mogły śpiewać po lasach i uśmiechać się
szeroko, koncentrując swe życie wokół ratowania tej jedynej cnotki
z niezbyt kreatywnych opresji, albo mogli prawo łamać w tej, czy
innej postaci. Innych opcji nie było.
Te wszystkie nowe, wyzwolone, samodzielnie myślące (i,
okazjonalnie, nawet pracujące) lafiryndy kosztują Jej Złowieszczość
coraz to nowsze zastępy dusz. Mroczna Pani wzywa więc te
kreatywniejsze jednostki z morza swych bezużytecznych wyznawców,
które chcą się do czegokolwiek na tym świecie przydać, niechaj zaśmiecą rynek
utworami, które nie będą burzyć starego, dobrego, ograniczonego
porządku!