Są takie miejsca, gdzie nawet Jej Jaśnie Mroczność chadza
zawsze piechotą. Zwłaszcza, jeśli te miejsca mają wiele schodów i sporą ilość
regałów pełnych ślicznych, zgrabniutkich tomików pełnych literacko-naukowych
bezeceństw. Biblioteki – bo w takich miejscach chadza się zawsze piechotą,
ewentualnie pada na kolana i czci jakieś co bardziej trącące geniuszem teksy –
otóż biblioteki są zdecydowanie tworami sił nieczystych. Chociaż Jej
Złowieszczość absolutnie uwielbia większość przybytków chaosu wypchanych potencjalną
destrukcją, to biblioteki uważa za twór tych sił nieczystych, które ludzie
nazywają dobrymi czy porządnymi. Bo, widzicie, drodzy wyznawcy, te wszystkie dobra,
te wszystkie potencjalne rewolucje albo muszą w mury tych opresyjnych murów
wrócić, albo w ogóle nie wolno ich wynieść. I to ostatnie właśnie Jej W Pełni
Złowieszcza Pani uważa za największa obrazę skierowaną w twarz nie komu innemu, a swojej czcigodnej osobie.
Choć nie tak wielką jak wprowadzenie ochrony w te przybytki
czytelniczych rozkoszy. Nie ma na szczęście wielu miejsc takiego jawnego
opętania Ideą Porządku, ale sama ich obecność w Jej Łaskawej Mroczności budzi
odrazę i wszelkie odruchy właściwie kapłankom najczarniejszych mroków.
Składanie wizyt w tych świątyniach przeistacza się w karykaturalną grę pomiędzy
wyznawcą (Jej Złowieszczość, choć kocha głównie siebie, tutaj chyli nisko swe
czoło) a cerberem, któremu nakazano odedrzeć każdego z ich zawiłych i mało
godnych artefaktów mocy.
Jej Złowieszczość nie jest zachwycona, w swoim rozczarowaniu
i zdecydowanym afroncie namawia do podzielania jej niechęci w ramach należnych jej hołdów.